Posuwamy sie w korku szczesliwi, ze udalo nam sie znalezc droge. Studiujemy mape i nic nam sie nie zgadza. Drogi z mapy nie zgadzaja sie absolutnie z drogami w rzeczywistosci. W dodatku ktos ukradl wiekszosc znakow drogowych bo sa one wielka rzadkoscia. Przy niektorych skrzyzowaniach pojawia znak drogowy dajacy nam dwie mozliwosci, jazde w kierunku granicy singapurskiej lub w kierunku nieznanym.
Do granicy nie zmierzamy jechac bo przeciez caly czas usilnie od tej granicy staramy sie oddalic. Wybieramy nieznany kierunek przeciwny granicy. Po godzinie jazdy w zlowim tempie w korku aut ( 3 pasy ruchu 4 rzedy pojazdow) ladujemy dokladnie w tym samym miejscu z ktorego wyjechalismy czyli przy granicy. Postanawiamy nie dac za wygrana i ponownie jedziemy w kierunku autostrady, lecz tym razem decydujemy sie na zwykla droge rezygnujac z autostrady. Jakims cudem udaje nam sie dotrzec do hotelu. Hotel pomine milczeniem jak i muchy w restauracji. Idziemy szukac plazy. Niestety zamiast plazy znajdujemy duzy plac budowy osiedla i oblozone kamieniami wybrzeze morza, ktore przypomina metna zupe czyli miejski sciek.
Zastanawiamy sie co za naiwna dusza zechce mieszkac nad sciekiem :D
Wracamy zawiedzeni i rozczarowani do hotelu. W drodze powrotnej do Singapuru postanawiamy jechac do drugiego przejscia granicznego aby uniknac znow krazenia dookola w miejskim korku. Jedziemy na wyczucie bo znakow jak nie bylo tak nie ma. Podziwiamy palmy kokosowe, liczne stragany z owocami i warzywami,
nowe osiedla mieszkaniowe w trakcie budowy. Tu tez zastanawiamy sie kto zechce zamieszkac w srodku odludzia, w sasiedztwie lasow palmowych z wlochatymi grzybkami w postaci czarnych wdow i pelzjacych roznego typu wezy.
Wkoncu jakis znak, ze do Singapuru w prawo. Jedziemy a drogi w prawo nie widac. Po kilku kilometrach na horyzoncie pojawia sie jakas droga , krzycze do meza : skrecaj !! Maz twierdzi, ze to chyba nie ta droga ale reaguje na moj krzyk i skreca . No i mial racje , okazalo sie, ze wyladowalismy w srodku chinskiego cmentarza rozciagajacego sie po obu stronach drogi w postaci pagorkow!!
Decydujemy sie na jazde dalej bo jak juz tu jestesmy to cos jeszcze moze uda nam sie zobaczyc!. I tym sposobem dojezdzamy spowrotem do glownej drogi. Ironia losu : ) Moj maz okazuje sie madrzejszy od mapy i udaje sie w poscig za wymijajacym nas autem z singapurskimi nr. rej. Tym cudem dojezdzamy do granicy ,na ktorej czeka nas sznur samochodow
i napisy” Smierc za przewoz narkotykow” Wyrazam glosno swoje mysli iz mam nadzieje, ze nikt nam niczego nie podrzucil bo ja chce wkoncu dojechac do domku i nie mam ochoty pozbywac sie swojej glowy !!!. Przypomina mi sie historia pewnego australijczyka niedawno zlapanego tu na granicy z jakas smiesznie mala iloscia. Wyrok wykonano na nim w ciagu 24h tak, ze ambasador, ktory przyjechal na drugi dzien nie mial po co przyjezdzac. Po godzinie przekraczamy granice. W tym dniu Singapur wydaje mi sie najcudowniejszym krajem na ziemi, nawet roslinnosc jest cudowniejsza, bardziej przyjazna i zielona a kierowcy bardziej normalni. Maz stwierdzil, ze bez kompasu do Malezji juz sie nie wybierze :D a ja ogolnie czuje sie rozczarowana, Pojechalam ogladac biale plaze, lazurowe morze i koralowce reklamowane na stronakch inernetowych a zobaczylam biede, brud gorszy niz w Maroku czy Meksyku.
Nastepna wyprawa do Malezji to wyspa Sibu polecana przez skarbika.

No comments:
Post a Comment