Wednesday, February 13, 2008

Malezja.

Maz wymyslil wyjazd do Malezji wiec pojechalismy. Chcial jechac do hotelu w srodku kraju, ktory znal z wczesniejszego pobytu a ja sie uparlam aby jechac na wybrzeze. Marzyly mi sie biale plaze, lazurowe morze, muszle i koralowce. Wiec wyszukalam inny hotel 3gwiazdkowy nad morzem z wizja pieknych plaz i widokuna morze z tarasu tak jak z reklamy. Po przekroczeniu granicy zaopatrzeni w 2 mapy Malezji jedziemy glowna droga. Maz cos mruczy, ze chyba zle pojechalismy a ja, ze wedlug mapy jedziemy dobrze w kierunku autostrady. Po 15 min jazdy mijamy zjad na autostrade, udaje nam sie zawrocic i wkoncu wjechac na autostrade a tam korek drogowy.

Posuwamy sie w korku szczesliwi, ze udalo nam sie znalezc droge. Studiujemy mape i nic nam sie nie zgadza. Drogi z mapy nie zgadzaja sie absolutnie z drogami w rzeczywistosci. W dodatku ktos ukradl wiekszosc znakow drogowych bo sa one wielka rzadkoscia. Przy niektorych skrzyzowaniach pojawia znak drogowy dajacy nam dwie mozliwosci, jazde w kierunku granicy singapurskiej lub w kierunku nieznanym.

Do granicy nie zmierzamy jechac bo przeciez caly czas usilnie od tej granicy staramy sie oddalic. Wybieramy nieznany kierunek przeciwny granicy. Po godzinie jazdy w zlowim tempie w korku aut ( 3 pasy ruchu 4 rzedy pojazdow) ladujemy dokladnie w tym samym miejscu z ktorego wyjechalismy czyli przy granicy. Postanawiamy nie dac za wygrana i ponownie jedziemy w kierunku autostrady, lecz tym razem decydujemy sie na zwykla droge rezygnujac z autostrady. Jakims cudem udaje nam sie dotrzec do hotelu. Hotel pomine milczeniem jak i muchy w restauracji. Idziemy szukac plazy. Niestety zamiast plazy znajdujemy duzy plac budowy osiedla i oblozone kamieniami wybrzeze morza, ktore przypomina metna zupe czyli miejski sciek.

Zastanawiamy sie co za naiwna dusza zechce mieszkac nad sciekiem :D

Wracamy zawiedzeni i rozczarowani do hotelu. W drodze powrotnej do Singapuru postanawiamy jechac do drugiego przejscia granicznego aby uniknac znow krazenia dookola w miejskim korku. Jedziemy na wyczucie bo znakow jak nie bylo tak nie ma. Podziwiamy palmy kokosowe, liczne stragany z owocami i warzywami,

nowe osiedla mieszkaniowe w trakcie budowy. Tu tez zastanawiamy sie kto zechce zamieszkac w srodku odludzia, w sasiedztwie lasow palmowych z wlochatymi grzybkami w postaci czarnych wdow i pelzjacych roznego typu wezy.

Wkoncu jakis znak, ze do Singapuru w prawo. Jedziemy a drogi w prawo nie widac. Po kilku kilometrach na horyzoncie pojawia sie jakas droga , krzycze do meza : skrecaj !! Maz twierdzi, ze to chyba nie ta droga ale reaguje na moj krzyk i skreca . No i mial racje , okazalo sie, ze wyladowalismy w srodku chinskiego cmentarza rozciagajacego sie po obu stronach drogi w postaci pagorkow!!

Decydujemy sie na jazde dalej bo jak juz tu jestesmy to cos jeszcze moze uda nam sie zobaczyc!. I tym sposobem dojezdzamy spowrotem do glownej drogi. Ironia losu : ) Moj maz okazuje sie madrzejszy od mapy i udaje sie w poscig za wymijajacym nas autem z singapurskimi nr. rej. Tym cudem dojezdzamy do granicy ,na ktorej czeka nas sznur samochodow

i napisy” Smierc za przewoz narkotykow” Wyrazam glosno swoje mysli iz mam nadzieje, ze nikt nam niczego nie podrzucil bo ja chce wkoncu dojechac do domku i nie mam ochoty pozbywac sie swojej glowy !!!. Przypomina mi sie historia pewnego australijczyka niedawno zlapanego tu na granicy z jakas smiesznie mala iloscia. Wyrok wykonano na nim w ciagu 24h tak, ze ambasador, ktory przyjechal na drugi dzien nie mial po co przyjezdzac. Po godzinie przekraczamy granice. W tym dniu Singapur wydaje mi sie najcudowniejszym krajem na ziemi, nawet roslinnosc jest cudowniejsza, bardziej przyjazna i zielona a kierowcy bardziej normalni. Maz stwierdzil, ze bez kompasu do Malezji juz sie nie wybierze :D a ja ogolnie czuje sie rozczarowana, Pojechalam ogladac biale plaze, lazurowe morze i koralowce reklamowane na stronakch inernetowych a zobaczylam biede, brud gorszy niz w Maroku czy Meksyku.

Nastepna wyprawa do Malezji to wyspa Sibu polecana przez skarbika.

No comments: